wtorek, 24 marca 2015

Luksemburg

Zdaję sobie sprawę, że ostatnimi czasy milczałem jak Kamil Durczok pytany o problemy z szóstym przykazaniem, ale mój codzienny grafik dość znacznie się zmienił i czas stał się towarem deficytowym. Studenckie biedowanie dobiegło końca, a wraz z podpisaniem umowy o pracę zaczęły się modne kluby, brunche i produkty premium z Biedronki. Mimo nowych zajęć kontynuowałem regularne błąkanie się po świecie, choć materiały z tych podróży zalegają obecnie na dnie szuflady niczym grzyb na ścianie jednego z akademików na warszawskiej Pradze i czekają na lepsze czasy. Podczas wybierania kolejnych celów wyjazdów staram się jednak kierować prostą zasadą i zawsze jeżdzę w miejsca, w których moja stopa nie miała jeszcze szans ozdobić się odciskami. Pomimo tego muszę przyznać, że weekendowy wyjazd do Luksemburga można raczej uznać za przejaw podróżniczej fanaberii, niż eskapady życia, o której opowiada się wnukom na imieninach. 

Z drugiej strony Luksemburg to kraj praktycznie nieznany, bo z czym w zasadzie kojarzy się przeciętnemu ankietowanemu Familiady? Znaczna część pewnie bez wahania odpowie, że przede wszystkim z Lichtensteinem, grupka przemądrzałych studentów Europeistyki wymieni kilka unijnych instytucji, a pozostałym na dźwięk tego kraju staje przed oczami kraina szczęśliwości, gdzie pieniądze leżą na ulicy, a w miejskich szaletach leci wiekowy burbon. Na dobrą sprawę wizja ta nie odbiega tak bardzo od rzeczywistości, bo - o ile wierzyć Banku Światowemu, co nigdy nie jest dobrym pomysłem - Luksemburg to drugi pod względem wysokości PKB na osobę kraj na świecie. Pensja minimalna jest mniej więcej dziesięć razy wyższa, niż w Polsce, przy czym cały kraj zajmuje obszar dwukrotnie większy, niż przeciętny mazowiecki powiat i zamieszkuje go nieco ponad pół miliona zamożnych ludzi. Brzmi to jak istny raj na ziemi i nie ukrywam, że tak też trochę wyobrażałem sobie ten kraj - elegancki, ładny i zadbany, lecz po bliższym poznaniu szybko się nudzi i nie ma zbyt wiele do zaoferowania, czyli trochę jak Jarek Kuźniar po włączeniu fonii. Uprzedzenia zdały się być jednak mocno przesadzone, bo weekend w tym mieście minął szybko i ciekawie, choć z drugiej strony nie bardzo wiem, jakie rozrywki można by znaleźć sobie w przypadku dłuższego pobytu. 

Trzeba jednak przyznać, że panoramie Luksemburga naprawdę bardzo blisko jest do bajkowej krainy, bo widoki zapadają w pamięć. Na każdym kroku czai się jakaś wzorowo zachowana baszta, potężne mury obronne i całe sterty innych wiekowych kamieni, a wszystko to sterczy dumnie na potężnej skale, na której sprytni Luksemburczycy zbudowali swoją stolicę. Wokół miasta natomiast roztaczają się ogromne, kamienne mosty, które śmiało mogłyby zapewnić niezapominaną scenerię do stoczenia pojedynku na śmierć i życie w jakimś amerykańskim filmie klasy B-. Dość szybko odkryłem jednak irytującą właściwość takiego krajobrazu - z natury lubię naprawdę dużo łazić po nowych miastach i podczas zwiedzania mam nieuleczalną alergię na wszelkie zmechanizowane środki transportu. Luksemburg stawiał mi jednak godny opór przed zdeptaniem każdego kamienia, ponieważ miasto przypomina topograficzny rollercoaster. Zawsze gdzieś jest z górki, pod górkę, albo cholernie bardzo pod górę, a przynajmniej odnosi się to do miejsc naprawdę wartych odwiedzenia. 

Prawdę mówiąc, sielankowy Luksemburg ma także swoje ciemniejsze strony. Choć wskaźniki gospodarcze robią wrażenie, to z poziomu przeciętnej ulicy życie wygląda nieco mniej kolorowo. W całym mieście sporo jest wszelkiego rodzaju żebraków, którzy koczują na kipiących przepychem ulicach stolicy, a na każdym kroku spotkać można swojskich panów, proszących o poratowanie choćby złotóweczką. Takie zaczepki zdarzyły mi się kilkukrotnie podczas krótkiego spaceru jedną z głównych ulic, a interesantów nie za bardzo odstraszał nawet metaforyczny worek cebuli wymalowany na mojej twarzy. Z drugiej strony muszę przyznać, że wspomniani panowie nie są w ciemię bici, a rozmowę z turystą potrafią płynnie poprowadzić przynajmniej w trzech językach europejskich, czym biją na głowę większość Premierów lub Ministrów Spraw Zagranicznych III RP. Na dobrą sprawę to wyjazd do Luksemburga pewnie może być traktowany jako swego rodzaju emigracja zarobkowa dla wszelkich hołyszy z całej Europy lub też jako złota kura dla uczestniczących pośrednio w tym biznesie grup przestępczych. Co ciekawe, kraj ten według niektórych uczonych w piśmie uważany jest za jeden z najbezpieczniejszych na świecie, choć akurat ja miałem szczęście zobaczyć na własne oczy jednego z nielicznych przestępców luksemburskiego półświatka. Zapewnił on kilku Policjantom krótki, choć intensywny pieszy pościg po dworcu kolejowym, zakończony niefortunnie kilkukrotnym uderzeniem przez zbiega nosem o posadzkę. W wyniku tego zdarzenia pan przestępca nieco ucierpiał i użyźnił glebę drobną dawką swojej posoki, co wzbudziło powszechnie zainteresowanie gawiedzi. Niestety, nie mam pojęcia, co takiego zmusiło go do ucieczki, ale jego aparycja zapadła mi w pamięci, bo - poza rozbitym nosem i kajdankami na nadgarstkach - śmiało mógłby ozdobić swoją facjatą i markowymi ubraniami pierwszą stronę Vogua. Cóż, w tym mieście nawet złoczyńcy wyglądają jakby dopiero co wyszli z filharmonii. 

Ostatnie Wielkie Księstwo na świecie ma również dość interesującą historię. Podobnie jak Polska, wciśnięta była od zawsze między większych i wiecznie narwanych sąsiadów, czyli Francję i Rzeszę Niemiecką. Od uzyskania niepodległości mniej więcej 150 lat temu, Luksemburg zawsze próbował naśladować patent szwajcarski i ogłaszał się państwem neutralnym we wszystkich konfliktach. Kończyło się to mniej więcej tak, że każdy z sąsiadów regularnie podbijał kraj, po czym po podpisaniu rozejmu obiecywał, że tym razem to już na pewno wszyscy poszanują neutralność tego małego państewka. Luksemburczycy kontynuowali swoją myśl polityczną z uporem godnym lepszej sprawy i doczekali się swoich własnych trzech rozbiorów, w wyniku których Wielkie Księstwo zrobiło się zdecydowanie mniej wielkie. Bliskość dwóch dużych narodów nie pozostała też bez wpływu na kulturę tego kraju, bo w zasadzie ciężko spotkać tu kogoś, kto biegle mówi tylko w dwóch językach. Luksemburczykom chyba ciężko było ustalić, do której z dwóch wielkich nacji jest im bliżej (Luksemburg graniczy jeszcze z Belgią, ale umówmy się - Belgowie sami jeszcze nie ustalili, jaką są nacją), bo zarówno francuski, jak i niemiecki zostały uznane językami urzędowymi. Zaradni mieszkańcy postanowili jednak rozwiązać problem tożsamości narodowej na swój sposób i od lat 80'tych rozwijali i promowali język luksemburski, który stał trzecim oficjalnym językiem w tym kraju. Tak też Luksemburczycy postanowili przede wszystkim pozostać sobą, czego sobie i wam życzę.

Na koniec garść (oby) praktycznych porad: 

- Do Luksemburga najłatwiej dostać się z Polski lecąc do Brukseli Charleroi, jednej z głównych baz dwóch dużych tanich linii lotniczych - Ryanaira i Wizzaira. Najtańsze bilety w obie strony to ok. 78 zł (WizzAir z kontem Discount)
- Następnie przesiadamy się do busa Flibco, który ma swój przystanek bezpośrednio na lotnisku i poza Luksemburgiem obsługuje trasy m.in. do Metz, Lille i centrum Brukseli. Najtańsze bilety do Luksemburga kosztują całe 5 euro, do kupienia online na Flibco. Podróż trwa ok. 2 h 40 min.
- W całym Luksemburgu znajduje się... jeden hostel (Youth Hostel Luxembourg City), za to o bardzo dobrym standardzie. Znaki wskazujące trasę do niego znajdują się praktycznie na każdej ulicy w centrum, więc z trafieniem nie powinno być problemu.


Pomimo pierwszego dnia wiosny pogoda średnio dopisała i słońce widywałem równie często, co Fiata Uno na ulicach miasta.


Parki pokrywają znaczną część centrum miasta, więc widoki pewnie wiele zyskują po pojawieniu się pierwszych liści na drzewach. 




Jedno z ciekawszych rozwiązań, obecne chyba również we Francji - pod nazwą ulic zawarta jest krótka informacja o osobie, od której wzięła swoje imię. W przeciwnym wypadku można całe życie mieszkać na ul. Jawaharlala Nehru i nazywać go starym Żydem. 

Naga kobieta ze złota zawsze świetnie wpasuje się w krajobraz każdego miasta. 








Typowy luksemburski krajobraz - można iść ostro z górki, trochę pod górkę albo zdobywać K2. 

Na koniec ciekawostka - w Luksemburgu panują dość ciekawe przepisy dotyczące wszelkich używek. Alkohol i papierosy można legalnie nabyć od 16 lat, a także spożywać je w miejscach publicznych. Nie mam pojęcia jak z tzw. lekkimi narkotykami, ale specyficzny zapach unosił się w piątkowy wieczór w całym mieście. 



poniedziałek, 23 czerwca 2014

Szwecja

Publikowanie dawno zgromadzonych materiałów stało się ostatnio krzykiem sezonu, więc aby być na bieżąco z modą zebrałem się do podzielenia się pewnymi rękopisami z tułaczki. Odpuściłem sobie ostatnio tworzenie nowych wpisów, gdyż zmuszony byłem z bólem serca (i lekkim niedomaganiem mniej medialnych organów) zakończyć studia i uzyskać pachnący poczekalnią Urzędu Pracy tytuł pierwszego w kraju magistra kryminologii. Nie powstrzymałem się jednak od podróży, bo cygańska krew domagała się kolejnych ofiar w postaci zgromadzonych dóbr doczesnych i wymiany ich na uroki podróży tanimi liniami. Jako, że z natury cenię sobie nowe doznania to postanowiłem zaktualizować moją wewnętrzną bazę wirusów o rejon Skandynawii. Wraz ze znajomymi wybrałem się w odwiedziny do naszych starych, dobrych zaborców, słynących z mebli i przewodnictwa w światowej rewolucji gender. Zrezygnowaliśmy jednak z wizyty w Sztokholmie, ponieważ uzyskana od Providenta negatywna ocena zdolności kredytowej zmusiła nas do poszukiwania przystępniejszego cenowo rozwiązania. 

Wybór padł na Goteborg, który jest miastem tak tolerancyjnym, że na mapach świata występuje także pod nazwą Gothenburg, a i za nazywanie go Nowym Grójcem pewnie też by się nie obraził. Miasto idealne na weekendowy wypad, bo choć niewątpliwie urokliwe i interesujące, to jego bardziej reprezentacyjną część można przejść w dwa dni kilka razy. W dodatku w całym mieście jedynymi osobami, które kiepsko posługiwały się językiem angielskim byli rosyjscy turyści i nielegalni imigranci, więc spokojnie można odpuścić sobie przed wyjazdem korespondencyjny kurs szwedzkiego. Niewątpliwie wyjątkową atrakcją Goteborga są liczne kanały, które obficie zamieszkuje fauna w postaci zatopionych miejskich rowerów. Ich liczba była tak duża, że na pewnym etapie zaczęliśmy się zastanawiać czy przypadkiem owych składaków nie dodaje się do paczki chipsów. Przez moment na myśl przyszedł nam również do głowy wyławiania wspomnianych jednośladów i sprzedawania ich w kraju nad Wisłą, przyczyniając się tym samym do realizacji unijnych polityk ekologicznych, promowania zdrowego stylu życia oraz czystej energii, a także rozwiązania problemu zakorkowania miast i wpasowania się w rozrastającą niszę na polskim rynku. Pomysł ostatecznie upadł wraz z zanurzeniem stopy w morzu, gdyż woda chyba jedynie z przyzwyczajenia pozostawała w ciekłym stanie skupienia. Niemniej jednak jest to idea warta zapamiętania, zwłaszcza w perspektywie nadchodzącego bezrobocia frykcyjnego mojej skromnej osoby. 

W zasadzie cały ten kraj opisać można jednym słowem i bez wątpliwości brzmi ono: dobrobyt. Takie podejście do tematu zmusiłoby mnie jednak do zakończenia relacji w tym miejscu, ale skoro już stworzyłem ten mój grafomański szałas w internecie to poczuwam się do metaforycznego przygarnięcia w moje progi kolejnego bezdomnego kundla. W związku z tym szwedzki sen to trochę taka sytuacja, w której z kranu w toalecie lecą krewetki, a na grządkach obok marchewki rosną części zamienne do Volvo. Pewnie osoby o bardziej pragmatycznym podejściu mogłyby w tej sytuacji doszukać się co najwyżej problemów z miejskim systemem wodociągów oraz insynuować stosowanie podejrzanych nawozów sztucznych przez lokalnych rolników, ale bądźmy tolerancyjni dla odmiennych upodobań. O ile jednak osobiście posiadam nieco spaczone wyczucie zamożności i pod tym pojęciem rozumiem głównie gruby plasterek pomidora na kanapce z mortadelą, to należy faktycznie przyznać, że Szwedom raczej nie brakuje zasobów materialnych. 

Zaciekawiła mnie zwłaszcza szwedzka szkoła palenia tytoniu, która - choć widowiskowa - pod ekonomicznym jest w przybliżeniu tak rozsądna jak przekazywanie 1% podatku na fundusz socjalny ZUSu. W skrócie polega ona na tym, że młodzi Szwedzi zapalają papierosa, aby mniej więcej po ułamku sekundy  wyrzucić go z obrzydzeniem na ziemię, kiedy to tylko zobaczą na horyzoncie oczekiwany tramwaj albo zdadzą sobie sprawę, że dziś jest wtorek. Jest to o tyle ciekawe, że paczka papierosów w tym kraju kosztuje mniej więcej tyle, ile wynosi miesięczna stawka żywnościowa chorego w polskim szpitalu. 

Muszę przyznać, że zaskoczyło nas również podejście Szwedów do panującego w tym kraju klimatu. Nasza wycieczka zbiegła się z pierwszą w tym roku falą upałów, a słupek rtęci niekiedy osiągał imponujące 13 stopni w słońcu. W związku z tym mieszkańcy Goteborga wylegli tłumnie na ulice niczym nasi rodacy na promocję gumowych klapek z logiem krokodyla w Lidlu. Do łask wróciły krótkie spodenki, japonki i hawajskie koszule, a my zerkaliśmy na ten atak rześkiego lata spod zimowych kurtek z marnie ukrywanym zdziwieniem. Nasze zdziwienie przerodziło się w nieśmiałe zdumienie, po czym bez nieuzasadnionej zwłoki dojrzało do bycia pełnoprawnym niedowierzaniem, kiedy podczas wycieczki na szwedzką wieś prawie wszyscy mieszkańcy krzątali się po podwórkach bez koszulek i jakiegokolwiek obuwia. Wszystkim polecam także choć krótką wizytę w bardziej rustykalnych rejonach Szwecji, gdyż na jednej z tamtejszych wsi znajduje się więcej łodzi niż posiada polska marynarka wojenna i jedynie nieznacznie mniej Volvo, niż sprowadza pan Waldek z RFN. 

Szwedzi posiadają również dość interesujący nawyk wyrzucania przedmiotów na ulicę, choć czynność ta nijak nie mieści się w zasadzie w kategoriach śmiecenia. Mieszkańcy Goteborga na potęgę zostawiali na ulicy ... znaczną część zimowej garderoby, przy czym szczególnie upodobali sobie w tym zakresie rękawiczki. Momentami to zjawisko zmuszała nas do uprawiania tzw. turystyki chodnikowej, czyli okazjonalnego patrzenia się pod nogi, aby przypadkiem nie potknąć się o monety lub inne umiarkowanie cenne przedmioty. Podczas dwóch dni natknęliśmy się na taką ilość dziwnych rzeczy, że gdyby nie ograniczony bagaż podręczny i nieśmiało przebąkujące poczucie przyzwoitości, to po powrocie do ojczyzny założylibyśmy pewnie sieć sklepów z serii "Wszystko po 5 zł". 

Na ulicach miasta gołym okiem widoczne są też inne przejawy szwedzkiego dobrostanu. Na każdym kroku da się zauważyć efekty polityki prorodzinnej, a problem z przyrostem naturalnym został skutecznie rozwiązany. Liczba brzemiennych lub spacerujących z wózkami kobiet była jedynie nieznacznie niższa od liczby nielegalnych imigrantów, którzy na tej skalistej ziemi szukają swojego szczęścia lub prawa do zasiłku. Co ciekawe, nawet jak na nasze specyficzne uwarunkowania, to ceny w sieciowych sklepach nie powodowały jakiegoś większego szoku. Tyczy się to zwłaszcza wszelkich produktów luźno związanych z dużymi zbiornikami wodnymi, takimi jak ryby i wszelkie owoce morza, choć nigdy nie zrozumiem, jak można na morskie zwierzęta mówić "owoce". 

Cetrum Goteborga, czyli kanał pełen rowerów. 
Szwedzi bardzo niechętnie wstają z łóżka w piątki przed 10. Kto bogatemu zabroni!
Ten "kościołowato" wyglądający budynek w centrum nie ma wiele wspólnego z religią. W środku mieści się najstarszy w mieście targ rybny. 
Cóż, marny aparat to i marna panorama. Na pierwszym planie - typowe szwedzkie krzaki i drzewa. 
Dość oryginalnie wyglądający kościół. W środku sprzedawano kanapki i kawę, a w dodatku ktoś grał solówkę na organach.
Szwedzi wylegli na ulice spożywać alkohol w plenerze. Nie mam pojęcia jak to wygląda z prawnego punktu widzenia, ale za piwo nad brzegiem nikt nikogo nie ścigał. 
Co na tym zdjęciu może zainteresować? Hm... latarnia z IKEI?
Jakiś szwedzki Ważny Człowiek na Koniu, na cokole którego wyryte jest hasło pochwalne dla... Jehowy. 
Wspomniany targ, ujęcie drugie. Dowód na to, że centrum jest dość małe.
Ciekawie rozwiązano problem skrzynek pocztowych w tym mało zaludnionym kraju. Zdjęcie z głównej drogi na jednej ze szwedzkich wsi.
Według niektórych członków wycieczki - bardzo ładny kamień.
Najlepszy śledź świata i okolic!
Nowość, czyli garść umiarkowanie poważnych porad, które pozwolą wam zaoszczędzić trochę bilonu, czasu lub wizyty na oddziale zakaźnym.

  • Podstawowym problemem z odwiedzaniem krajów skandynawskich jest kwestia dojazdu z lotniska do centrum miasta, ponieważ koszt biletu często przewyższa kwotę wydaną na bilet lotniczy. To samo tyczy się Goteborga, gdyż przejazd "autoryzowanymi" liniami w dwie strony kosztuje powyżej 100 zł. Jasne, możecie kupić taki bilet i zapomnieć o problemie. Można też taniej, co osobiście sprawdziłem i polecam. Wystarczy przejść się kawałek polną drogą, złapać miejskiego busa i udawać nieco sierotę zagubioną w obcym kraju. Na przejazd w dwie strony wydaliśmy ok. 12,5 zł od osoby, choć jest to jednak spore uproszczenie, bo do tej pory został mi jeden z miejskich biletów. Cała trasa ze szczegółami opisana jest na: Przejazd z lotniska do centrum
  • W Szwecji możecie tanio kupić najlepsze śledzie pod słońcem, a także inne wybryki morskich głębin. My trafiliśmy na paczkę śledzi, która smakowała jak złota karta kredytowa i homara w puszce, który smakował jak całkiem dobrej jakości płyta karton-gips. 
  • Mocniejsze trunki są sprzedawane tylko w państwowych sklepach, z czego jeden z nich ulokowany jest w centrum handlowym Nordstan, czyli tym zaraz przy dworcu kolejowym. 
  • Najdroższym elementem wycieczki do Goteborga jest nocleg, bo hostele zaczynają się od 100 zł/noc, więc dobrym pomysłem jest poznanie okolicznych bezdomnych lub Couchsurfing. 
  • Jeśli jesteście wybitnie żądni mocnych wrażeń kulinarnych polecam wam specjał o enigmatycznej nazwie Surstromming. Niestety, nam nie udało się go zdobyć, gdyż nie trafiliśmy w sezon na to specyficzne danie. W wielkim skrócie: są to sfermentowane (!) śledzie, zamknięte w puszce, czyli w zasadzie rodzaj broni biologicznej, okazjonalnie serwowany jako danie narodowe. Odradza się ich jedzenie w terenach zurbanizowanych, a zwłaszcza w kiepsko wentylowanych pomieszczeniach. Internet pełen jest filmików, na których jakiś niedowiarek próbuje dokonać konsumpcji tej potrawy. Poniżej jeden z nich, oglądać od 2:40. 



wtorek, 4 marca 2014

Rezydencja Janukowycza

Tym razem mój wypad na Ukrainę potoczył się dość niespodziewanie. Po odwiedzeniu pogrążonego w żałobie Kijowa wpadłem na pomysł szybkiej wycieczki do obecnie najliczniej odwiedzanego muzeum w całej Ukrainie, czyli rezydencji Janukowycza w Meżyhirie. Kiedy przed wyjazdem usłyszałem, że jej wartość wyceniana jest na około 2,5 miliarda dolarów, to byłem przekonany, że jest to oczywista pomyłka. Cóż, teraz nie mam żadnych wątpliwości. 

Tej gigantycznej posiadłości nie powstydziłby się Wilk z Wall Street, gdyż natężenie zupełnie absurdalnego przepychu przekracza tutaj wszystkie znane ludzkości normy. Na tym 135 hektarowym terenie wiecznie zapracowany i dbający o dobro narodu prezydent znalazł miejsce m.in. dla całkiem sporego ogrodu zoologicznego, pola golfowego, GALEONU, czyli statku w którym urządził sobie przytulną knajpkę oraz swojej iście bizantyjskiej rezydencji. Tuż po wjeździe na teren posesji znajduje się także niewielki domek jednopiętrowy, w którym oficjalnie zamieszkiwał obywatel Janukowycz, żyjąc skromnie i uczciwie. Do tej małej chatki zapraszał niekiedy dziennikarzy, aby przy grillu udowodnić, że głupie plotki o jego niewyobrażalnym bogactwie są wyssane z palca. 

Samo Meżyhirie mieści się około 30 km od Kijowa, a do tej spokojnej do tej pory miejscowości obecnie zjeżdżają się tłumy Ukraińców z całego kraju. Sznur samochodów ciągnie się kilometrami, a obrotni miejscowi szybko zaczęli parać się drobnym handlem, także bez problemu dostaniecie tutaj herbatę, coś do zjedzenia, a w kilku miejscach dojrzeć można nawet letnie parasole z marką kijowskiego piwa. Dawniej do utrzymywania w porządku księstwa Janukowycza zatrudnionych było ponad 140 osób, przeważnie zamieszkujących na terenie posiadłości. Dziś całości pilnuje Samoobrona Majdanu, która stara się utrzymać ten rozległy teren w porządku i nie dopuścić do grabieży. Co prawda, egzotyczne zwierzęta zostały już wywiezione do innego ZOO, a restauracja na statku już nie świadczy usług, ale i tak potrzebne są znaczne zasoby ludzkie do upilnowania tysięcy zwiedzających.

Większość terenu dostępna jest dla turystów, a opłata w wysokości 10 hrywien jest zupełnie dobrowolna. Wyjątek stanowi jednak sama rezydencja Janukowycza, do której wstęp mają jedynie przedstawiciele prasy posiadający autoryzowaną przez Majdan legitymację prasową. Pewnie moje zwiedzanie skończyło by się jedynie na pocałowaniu klamki i podglądaniu przez okna niesamowitego przepychu tego budynku, gdyby nie pewien szczęśliwy zbieg okoliczności. Mówiąc dokładniej, poprzedniego wieczora spożywałem alkohol z Ukraińcami, z których jeden posiadał wspomnianą legitymację i zgodził się nam towarzyszyć w tej drobnej eskapadzie. W ten sposób zostałem przedstawiony jako poważny, niezależny dziennikarz z Polski i po przestudiowaniu mojego paszportu wpuszczono mnie do środka. Do pilnowania nas wyznaczono młodego chłopaka w prowizorycznej kamizelce kuloodpornej, która nieco kontrastowała z pluszowymi kapciami noszonymi przez wszystkich strzegących rezydencji Janukowycza. 

Pomimo całej klasy i przepychu ciężko jednak zachwycać się tym miejscem. Ukraińcy są tego świadomi i zwiedzają wybudowane za ich pieniądze złote toalety ze specyficznym połączeniem podziwu i wściekłości.  Nie można się też oprzeć wrażeniu, że coś takiego stworzyć mógł tylko chory i pozbawiony zasad człowiek, pełen samouwielbienia i gigantycznych kompleksów. Z tych też powodów zresztą kazał uszyć sobie bogato wyszywany strój cara, który odnaleziono potem w jego garderobie. Ja sam chodziłem po tej rezydencji z jakimś dziwnym, nabożnym przejęciem i bałem się dotknąć czegokolwiek, zupełnie jak w muzeum. Po chwili przychodzi jednak refleksja i człowiek uświadamia sobie, że jeszcze kilka dni temu żył tutaj "demokratycznie wybrany prezydent" i bez większych wyrzutów sumienia czyścił kibel złota szczotką. 

Cóż, zobaczcie zdjęcia. 

Pałac Janukowycza w pełnej krasie.
Na wejściu wita nas kolekcja przedmiotów ze złota plus kilka dzieł sztuki.
Koniaczek prezydenta.
Salon, a w tle widać pechowców bez legitymacji prasowej. 

Tutaj wielki wódz odpoczywał po kolejnym dniu bycia sobą. 
Zbierackie hobby prezydenta, czyli kolekcja amunicji. 
Salonik.

Chyba najciekawszy przedmiot w rezydencji. Wewnątrz fortepianu wygrawerowany jest napis "You may call me a dreamer". Cóż, ciężko się nie zgodzić. 

Widok na hrabstwo.

Rzeźba z kości słoniowej o długości ponad 1,5 metra. Nawet nie próbujcie sobie wyobrazić jej ceny.
Ok, to teraz pomnóżcie tą cenę przez dwa i dodajcie zero na końcu. 
Sala trono... ekhm, konferencyjna. 
A tutaj wypoczywała obecna nałożnica Janukowycza. Pomimo przepychu i zamiłowania do luksusu, niestety, pan dyktator zapewnił sobie jedynie przeciętniej urody kochankę.

Ostatni oglądany film, "Towarisz Stalin". Osobiście uważam, że jest to trochę oszukane zdjęcie i płyta została położona w tym miejscu celowo. 

Istne kuriozum, czyli kapliczka w domu. Obok tekst modlitwy przed rozpoczęciem dnia, potem trochę mordowania, trochę defraudacji i już można zasnąć snem dobrego chrześcijanina.

Tak, to jest winda.

Plazma wisi na każdej ścianie, także w łazience też nie mogło jej zabraknąć.
Kolekcja zegarków. Obecnie - niestety - pusta.
Złoty prysznic i szczotka do kibla. Toaleta ze złotym kiblem niestety nie była tego dnia dostępna. 


Antyczne kolumny przywiezione z Grecji. No bo kto bogatemu zabroni?
A to oficjalny dom Janukowycza. Pewnie trzymał tutaj przetwory. 
Statek i restauracja w jednym.