wtorek, 4 marca 2014

Rezydencja Janukowycza

Tym razem mój wypad na Ukrainę potoczył się dość niespodziewanie. Po odwiedzeniu pogrążonego w żałobie Kijowa wpadłem na pomysł szybkiej wycieczki do obecnie najliczniej odwiedzanego muzeum w całej Ukrainie, czyli rezydencji Janukowycza w Meżyhirie. Kiedy przed wyjazdem usłyszałem, że jej wartość wyceniana jest na około 2,5 miliarda dolarów, to byłem przekonany, że jest to oczywista pomyłka. Cóż, teraz nie mam żadnych wątpliwości. 

Tej gigantycznej posiadłości nie powstydziłby się Wilk z Wall Street, gdyż natężenie zupełnie absurdalnego przepychu przekracza tutaj wszystkie znane ludzkości normy. Na tym 135 hektarowym terenie wiecznie zapracowany i dbający o dobro narodu prezydent znalazł miejsce m.in. dla całkiem sporego ogrodu zoologicznego, pola golfowego, GALEONU, czyli statku w którym urządził sobie przytulną knajpkę oraz swojej iście bizantyjskiej rezydencji. Tuż po wjeździe na teren posesji znajduje się także niewielki domek jednopiętrowy, w którym oficjalnie zamieszkiwał obywatel Janukowycz, żyjąc skromnie i uczciwie. Do tej małej chatki zapraszał niekiedy dziennikarzy, aby przy grillu udowodnić, że głupie plotki o jego niewyobrażalnym bogactwie są wyssane z palca. 

Samo Meżyhirie mieści się około 30 km od Kijowa, a do tej spokojnej do tej pory miejscowości obecnie zjeżdżają się tłumy Ukraińców z całego kraju. Sznur samochodów ciągnie się kilometrami, a obrotni miejscowi szybko zaczęli parać się drobnym handlem, także bez problemu dostaniecie tutaj herbatę, coś do zjedzenia, a w kilku miejscach dojrzeć można nawet letnie parasole z marką kijowskiego piwa. Dawniej do utrzymywania w porządku księstwa Janukowycza zatrudnionych było ponad 140 osób, przeważnie zamieszkujących na terenie posiadłości. Dziś całości pilnuje Samoobrona Majdanu, która stara się utrzymać ten rozległy teren w porządku i nie dopuścić do grabieży. Co prawda, egzotyczne zwierzęta zostały już wywiezione do innego ZOO, a restauracja na statku już nie świadczy usług, ale i tak potrzebne są znaczne zasoby ludzkie do upilnowania tysięcy zwiedzających.

Większość terenu dostępna jest dla turystów, a opłata w wysokości 10 hrywien jest zupełnie dobrowolna. Wyjątek stanowi jednak sama rezydencja Janukowycza, do której wstęp mają jedynie przedstawiciele prasy posiadający autoryzowaną przez Majdan legitymację prasową. Pewnie moje zwiedzanie skończyło by się jedynie na pocałowaniu klamki i podglądaniu przez okna niesamowitego przepychu tego budynku, gdyby nie pewien szczęśliwy zbieg okoliczności. Mówiąc dokładniej, poprzedniego wieczora spożywałem alkohol z Ukraińcami, z których jeden posiadał wspomnianą legitymację i zgodził się nam towarzyszyć w tej drobnej eskapadzie. W ten sposób zostałem przedstawiony jako poważny, niezależny dziennikarz z Polski i po przestudiowaniu mojego paszportu wpuszczono mnie do środka. Do pilnowania nas wyznaczono młodego chłopaka w prowizorycznej kamizelce kuloodpornej, która nieco kontrastowała z pluszowymi kapciami noszonymi przez wszystkich strzegących rezydencji Janukowycza. 

Pomimo całej klasy i przepychu ciężko jednak zachwycać się tym miejscem. Ukraińcy są tego świadomi i zwiedzają wybudowane za ich pieniądze złote toalety ze specyficznym połączeniem podziwu i wściekłości.  Nie można się też oprzeć wrażeniu, że coś takiego stworzyć mógł tylko chory i pozbawiony zasad człowiek, pełen samouwielbienia i gigantycznych kompleksów. Z tych też powodów zresztą kazał uszyć sobie bogato wyszywany strój cara, który odnaleziono potem w jego garderobie. Ja sam chodziłem po tej rezydencji z jakimś dziwnym, nabożnym przejęciem i bałem się dotknąć czegokolwiek, zupełnie jak w muzeum. Po chwili przychodzi jednak refleksja i człowiek uświadamia sobie, że jeszcze kilka dni temu żył tutaj "demokratycznie wybrany prezydent" i bez większych wyrzutów sumienia czyścił kibel złota szczotką. 

Cóż, zobaczcie zdjęcia. 

Pałac Janukowycza w pełnej krasie.
Na wejściu wita nas kolekcja przedmiotów ze złota plus kilka dzieł sztuki.
Koniaczek prezydenta.
Salon, a w tle widać pechowców bez legitymacji prasowej. 

Tutaj wielki wódz odpoczywał po kolejnym dniu bycia sobą. 
Zbierackie hobby prezydenta, czyli kolekcja amunicji. 
Salonik.

Chyba najciekawszy przedmiot w rezydencji. Wewnątrz fortepianu wygrawerowany jest napis "You may call me a dreamer". Cóż, ciężko się nie zgodzić. 

Widok na hrabstwo.

Rzeźba z kości słoniowej o długości ponad 1,5 metra. Nawet nie próbujcie sobie wyobrazić jej ceny.
Ok, to teraz pomnóżcie tą cenę przez dwa i dodajcie zero na końcu. 
Sala trono... ekhm, konferencyjna. 
A tutaj wypoczywała obecna nałożnica Janukowycza. Pomimo przepychu i zamiłowania do luksusu, niestety, pan dyktator zapewnił sobie jedynie przeciętniej urody kochankę.

Ostatni oglądany film, "Towarisz Stalin". Osobiście uważam, że jest to trochę oszukane zdjęcie i płyta została położona w tym miejscu celowo. 

Istne kuriozum, czyli kapliczka w domu. Obok tekst modlitwy przed rozpoczęciem dnia, potem trochę mordowania, trochę defraudacji i już można zasnąć snem dobrego chrześcijanina.

Tak, to jest winda.

Plazma wisi na każdej ścianie, także w łazience też nie mogło jej zabraknąć.
Kolekcja zegarków. Obecnie - niestety - pusta.
Złoty prysznic i szczotka do kibla. Toaleta ze złotym kiblem niestety nie była tego dnia dostępna. 


Antyczne kolumny przywiezione z Grecji. No bo kto bogatemu zabroni?
A to oficjalny dom Janukowycza. Pewnie trzymał tutaj przetwory. 
Statek i restauracja w jednym.

środa, 8 stycznia 2014

Lwów

Najciekawsze w przekraczaniu granic jest to, że często wystarczy kilkaset metrów aby znaleźć się w zupełnie innym świecie i poczuć się jak łazik Curiosity w misji na Marsa. Kilka dni temu miałem okazję ponownie odwiedzić Ukrainę, gdzie wybrałem się świętować Nowy Rok i sprawdzić mit, czy na wschodzie naprawdę tak dużo się pije, choć przeczuwałem, że akurat w tej legendzie jest ziarnko prawdy. Nie będę Was trzymał w niepewności i od razu powiem, że jeśli chodzi o Ukrainę i alkohol to jest to raczej kolumna ciężarówek wyładowanych piachem prawdy, niż pojedyncze ziarenko. Z drugiej strony Ukraina, przynajmniej zachodnia, to przede wszystkim bardzo gościnni ludzie, co w połączeniu z papierosami za bezcen, tanim i dobrym jedzeniem, spirytualiami niewiele droższymi od soków i przepięknymi kobietami stanowi idealne miejsce do świętowania ostatniego dnia roku. Wybierając się do naszego wschodniego sąsiada należy się jednak mentalnie przygotować, że w tym kraju naprawdę wiele jest możliwe.


Zaraz po przekroczeniu granicy spotykamy mały symbol Ukrainy, czyli marszrutkę. To niewielki, dziko żółty autobusik, który  porusza się z prędkością zupełnie niedostosowaną do istniejącej gdzieniegdzie nawierzchni. Powierzchnia podróżnych zazwyczaj znacznie przekracza rozmiary pojazdu, ale w matematyka nie jest prawem bezwzględnie obowiązującym w transporcie na wschodzie. Bycie kierowcą takiego pojazdu to nie tyle zawód, co raczej członkostwo w sekcie, a najwyższym stopniem wtajemniczenia jest jednoczesne prowadzenie pojazdu jedną ręką, palenie papierosa, rozmawianie przez telefon trzymany szyją, wydawanie reszty drugą ręką, a w wolnych chwilach naciskanie klaksonu grasicą. Sam wystrój tego ciekawego pojazdu nie mógłby się obyć bez dywanu, który położony jest w bliżej nieokreślonych okolicach kierowcy, a na który to dywan podróżni rzucają pieniądze za przejazd niczym klienci nocnego klubu. Jeśli jesteście miłośnikami mocnych wrażeń i dużych odszkodowań to polecam jazdę tuż obok kierowcy. Jest to naprawdę niezapomniane wrażenie, tym bardziej, że Ukraińcy prowadzą dopiero nieśmiałe testy nad wprowadzeniem pojęcia pasa ruchu.

Szok kulturalny czeka nawet w miejscu, po którym tego najmniej byśmy się spodziewali. Zwykły sklep spożywczy - zdawałoby się - konstrukcja uniwersalna, która w każdym kraju wygląda podobnie. Półki, które w mniejszym lub większym stopniu uginają się od towarów, być może chłodziarka z nabiałem, gdzieś swojsko zalega pieczywo, zalotnie uśmiecha się regał z alkoholem, w dyskretnym miejscu znajdziecie świerszczyka i paczkę prezerwatyw, a sklepowa patrzy z wyrzutem na każdego, kto płaci jej banknotem z polsko-litewskim królem. Taki opis całkiem zgadzałby się z wystrojem ukraińskiego sklepu, gdyby nie to, że jego znaczną powierzchnię zajmują ... stoliki barowe. I tak oto każdy spragniony wędrowiec może zakupić sobie kieliszeczek wódki i spokojnie porozmawiać z panią ekspedientką na temat ceny pomidorów. Obrazu dopełnia jeszcze cała masa zakąsek, takich jak kotlet z jajkiem sadzonym, które spokojnie oczekują na swoją kolej wokół kasy i w wolnych chwilach prowadzą księgę gości dla bakterii klientów sklepu. Co prawda, mało który z klientów korzysta z usług takiego przybytku, ale jako turyści po prostu nie mogliśmy się oprzeć pokusie.

Mimo wszystko moim ulubionym kuriozum Ukrainy jest profesja konduktora pociągu. W Polsce to zazwyczaj starszy pan z wąsem, który sprawdza bilety, a najciekawszym elementem jego pracy jest krzyczenie do krótkofalówki "odjazd" na każdej stacji. Nie dajcie się zwieść pozorom. W Ukrainie to zawód podwyższonego ryzyka, a jego praca to coś w rodzaju połączenia weselnego wodzireja, kelnera, sklepu nocnego i w niewielkim stopniu opiekuna wycieczki. W swoim asortymencie posiada herbatę, piwo, wódkę, samogon, a niekiedy i co ciekawsze narkotyki. Cenę tych produktów, zwłaszcza ze specjalnej półki, może dowolnie regulować w zależności od popytu i podaży podczas podróży. W ogóle wszystkie ukraińskie pociągi przypominają wagony sypialne, choć tak naprawdę podróż zazwyczaj przypomina coś pomiędzy polskim weselem i dniem targowym. Konduktorzy to osoby bardzo towarzyskie i dociekliwe, więc prędzej czy później uwagę jednego z nich zwrócił Polak jadący nocnym pociągiem ostatniej klasy do Kijowa.

A opowieść z rewolucyjnego Kijowa już wkrótce.


Marszrutka w stanie spoczynku.
Świąteczny jarmark we Lwowie.
Informacja turystyczna.
Jedna klimatycznych uliczek we Lwowie.
Gwóźdź Nowego Roku we Lwowie, czyli Mediewucha - grzane wino miodowe z losową ilością alkoholu.

Panorama Lwowa zrobiona podczas wcześniejszej wizyty.
Cmentarz Łyczakowski.
Kościół Bożego Ciała i klasztor dominikanów.
To nie jest cmentarz, który chciałbym odwiedzić o północy.
Jeszcze taki spóźniony prezent świąteczny. ВДВ to co prawdę rosyjskie wojska powietrzno-desantowe, ale ich święto obchodzone jest też na Ukrainie.


piątek, 29 listopada 2013

Bruksela

Ostatnimi czasy do mojego życia z dawna niezapowiedzianą wizytą wpadli starzy, dobrzy znajomi - Głód, Kryzys i Panika. Przez chwilę próbowałem sztuczki z Jehowymi i zza zaryglowanych drzwi spokojnym głosem oznajmiałem, że nikogo nie ma w domu. Niestety, tacy wyjadacze nie dają się nabrać na tanie chwyty i przez dłuższą chwilę żyliśmy razem skromnie, ale za to spokojnie i bez wygód. Pewnego dnia powaga sytuacji uderzyła mnie niczym poseł Wipler o podłoże, więc trzasnąłem drzwiami i powiedziałem, żeby nie czekać na mnie z rachunkami, bo wylatuję do lepszego świata. Gdzie polski student może się wybrać, aby zasmakować nieco luksusu i popatrzeć na bogatych i potężnych ludzi? Naturalnym wyborem wydawało się sanktuarium w Łagiewnikach, ale współtowarzysz podróży stanął okoniem i uparł się na Dubaj. Po zawziętych negocjacjach zdecydowaliśmy się pójść na kompromitację i zakupiliśmy bilety na pokład luksusowego samolotu linii CyganAir zmierzającego do Brukseli.

Bruksela większości Polaków kojarzy się głównie z niezliczonymi instytucjami, które mają w nazwie wszelkie możliwe odmiany słowa Europa, a w tych to instytucjach zasiadają szeregi biurokratów, którzy z poważną miną ustalają wytyczne dotyczące kształtu ogórka. W związku z tym przez stolicę Belgii przewalają się codziennie tony pieniędzy, a drobne monety skrywają się w zakamarkach wejść do metra i czekają na swojego księcia z bajki. Wraz z moim towarzyszem przekonaliśmy się, że pieniądze faktycznie leżą na ulicy i podnosząc każdą monetę cieszyliśmy się jak Gollum w sklepie jubilerskim. Nie wiem, czy zabrakło odwagi czy determinacji, ale nie udało nam się sprawdzić kolejnego mitu i do tej pory nie wiemy czy Belgowie naprawdę srają pieniędzmi.

Wikt i opierunek zapewnił nam na miejscu nasz dawny kolega, który zamieszkuje tamte tereny od pewnego czasu. Po dotarciu do celu nie do końca mogliśmy uwierzyć w oferowane nam warunki mieszkaniowe, więc od nieśmiałych uszczypnięć przeszliśmy do otarć i lekkich sierpowych, ale królewskie mieszkanie uparcie nie chciało zamienić się w żabi staw. Metraż naszego lokum wynosił nieco mniej niż przeciętnego Carrefoura, a ze ściany groźnie łypała na nas głowa lwa i monstrualny obraz przedstawiający jakiegoś podrostka w stroju dżokeja. Luksus szybko uderzył do głowy, więc nonszalancko zaczęliśmy słodzić herbatę, zostawiać niedopite piwo na stole, a przez pewien czas nawet rozważałem kupienie jakiejś pamiątki. Nie dane było nam się jednak zbyt długo rozkoszować porządkiem i pełnym szkłem, bo jako nieformalni attachee kulturalni Pragi Północ zmuszeni byliśmy wybrać się na lokalną domówkę.

Po przekroczeniu progu miejsca zbrodni przez chwilę miałem wrażenie, że jednak któryś z sierpowych wytrącił mnie z krainy snów i obudziłem się na podlaskiej wsi. Wszystko to za sprawą naszych rodaków, którzy zawzięcie ścigają się z Arabami w kolonizacji Brukseli i prawie przeforsowali już projekt uznania podlaskiej gwary za czwarty język urzędowy Belgii. Prym wiedzie tutaj zwłaszcza zgrana ekipa z Siemiatycz, które powszechnie uznawane są w Belgii za stolicę Polski. Mieszkańcy tej podlaskiej miejscowości są tak solidnie reprezentowani w Brukseli, że niedawno otworzono regularne bezpośrednie połączenie autobusowe między tymi dwoma metropoliami, a najnowszym krzykiem mody są paczkowozy z usługą door2door.

Belgowie stworzyli bardzo ciekawą kulturę, której najważniejszymi elementami jest zamiłowanie do słodyczy, fast-foodów, piwa i pedofilii. O ile pewnie każdy słyszał o belgijskiej czekoladzie, popatrzył choć raz na nieprzyjemnie wysoką cenę Leffe w Kauflandzie lub zapłacił kupę pieniędzy za belgijskie frytki z polskich ziemniaków na ulicy Chmielnej, to symbol Brukseli potrafi wprawić w konsternację nawet wprawnego podróżnika. Jest nim mały chłopiec, który beztrosko trzyma w rękach swoje równie niewielkie zwieńczenie układu moczowego i wyrzuca z niego strumień ciepłej uryny. Podobno wziął się on z zamierzchłych czasów, kiedy to Francuzi od dłuższego czasu oblegali miasto, a mały chłopiec stanął na murach miejskich i złotym deszczem skropił skronie upartych agresorów. Pozostaje się tylko cieszyć, że ów młody człowiek wybrał korzystniejszy dla obecnego wizerunku miasta produkt przemiany materii.  


Widok na park, a gdzieś w tle Łuk triumfalny. W Brukseli nawet liście są złote.

Komisja Europejska, czyli jedna z tych instytucji, której sens zna tylko grupa studentów tuż przed egzaminem z integracji europejskiej.

Parlament Europejski, czyli Mekka wszystkich posłów. 20 tysięcy € miesięcznie na prowadzenie biura pozwala na popuszczenie wodzy fantazji w zakresie kreatywnej księgowości.

Plac przed Parlamentem, który nosi dumną nazwę Placu Solidarności.
Kilkanaście metrów od Parlamentu znajduje się polski bar, czyli kolejny dowód na kolonizację tego miasta przez naszych rodaków.

Pałac królewski.

Bruksela to nie tylko europejska nowomowa i defraudacja pieniędzy. Tutaj widoczek na starówkę.
Mały, nagi chłopiec podczas oddawania moczu. Jak już wspomniałem, sportem narodowym jest tutaj pedofilia.
Ratusz.
Główny plac starego miasta. Jak widać, Belgowie nie żałują złota na elewacje.
A oto i wspomniany symbol. Belgowie nie mogą się powstrzymać przed dotykaniem małych chłopców i dlatego co jakiś czas ubierają go w przeróżne fraczki.
NAPRAWDĘ nie mogą się powstrzymać przed dotykaniem, więc co jakiś czas udają cewnikowanie, aby obłapić co ciekawsze szczegóły.
Trzeba dbać o cholesterol, więc zaliczyliśmy odwiedziny w drugiej z najpopularniejszych frytkarni w mieście. Pierwszą jest, rzecz jasna, McDonald.

niedziela, 3 listopada 2013

Bośniackie piramidy

Rozwój techniki regularnie posyła do grobu kolejne profesje, a związane z nimi oferty pracy regularnie znikają z gablot w pośredniakach. Kariera flisaka czy zecera jest obecnie równie popularna co Pierwsza Komunia Święta na VHS, lecz taką cenę płacimy za zmywarki i miliony filmów o kotach na YouTube. Jednym z najwcześniej wymarłych zawodów był ciekawy i podziwiany przez niewiasty fach budowniczego piramid, którego przedstawiciele tłumnie zamieszkiwali tereny dzisiejszego Egiptu. Jeśli starożytne cywilizacje akurat potrzebowały cholernie wielkiej budowli ku czci obecnego władcy z przerostem ego lub nowej siedziby do odprawiania krwawych obrzędów, to dość naturalną formą wydawał się monstrualnej wielkości stożek. Wielkiej pomysłowości to nie wymaga, a do najbliższej IKEI pozostało kilka tysięcy kilometrów i mniej więcej tyle samo wieków Delorianem, więc trzeba było sobie radzić bez rurek PCV i zaprawy reklamowanej przez znanego Strongmena. Podróże kształcą, także pewnego razu dowiedziałem się, że to właśnie Bośniacy roszczą sobie prawa do spuścizny po najstarszych pracach inżynierskich wspomnianych fachowców.

Od dziecka byłem zafascynowany przygodami Indiany Jonesa, a w wieku młodzieńczym nie mogłem oderwać oczu od co najmniej przygodowo ubranej panny Croft. W związku z tym, kiedy tylko właściciel naszego hostelu w Sarajewie wspomniał nam o bośniackich piramidach, szybko spakowałem swój skromny dobytek, przygotowałem kanapki z jakiem i wyruszyłem robić słodkie zdjęcia pod piramidami na fejsbuka. Wspomniane atrakcje znajdują się w miejscowości Visoko, która to zgodnie z zapewnieniami pewnego bośniackiego archeologa już lada moment przyćmi egipską Dolinę Królów.

Skąd w ogóle wziął się cały ten pomysł? Trzeba przyznać, że największe wzgórze w miejscowości Visoko posiada zadziwiająco stożkowaty kształt, przynajmniej jeśli chodzi o trzy z czterech zboczy góry. Ludzka pomysłowość rzadko daje się okiełznać logice, także pojawienie się pomysłu o ukrytych piramidach było równie nieuniknione, co powstanie sportu polegającego na rzucie karłem. Pewnego dnia znalazł się ktoś, kto wcinając niedzielny obiad przy teleodbiorniku ustawionym na dokument Discovery, podniósł wzrok z pustego talerza, spojrzał ku wzgórzom i smrekom, z powagą podrapał się w głowę i zawołał głosem Archimedesa dokonującego kąpieli: "Baaaśka! Cho no tu, ale gazem! Czy te górki za oborą starej Wójcikowej to ci czegoś nie przypominają?". Dalej już jakoś poszło, tym bardziej, że idea piramid w samym sercu zniszczonym wojną kraju zyskała na jakiś czas aprobatę władz.

Badania terenu wykazały absolutnie wszystko i zupełnie nic. Oficjalna ulotka głosi, że badania uczonych w Piśmie i geologii wykazały, że góra skrywa w sobie znacznych rozmiarów płyty, a w okolicy odnaleziono ślady działalności człowieka z czasów prehistorycznych. Bośniacy stwierdzili, że ustalą wiek powstania potencjalnych piramid poprzez określenie wieku ziemi, która je pokrywa. Gleba okazała się spokojnie spoczywać w tym miejscu od 14 tysięcy lat, także grupa badaczy nie wahała się nawet przez chwilę okrzyknąć swoje znalezisko najstarszymi piramidami na świecie i domagać się kompletnej rewizji podręczników do historii. Nie przejęli się przy tym, że w tym okresie Europę pokrywał pokaźnych rozmiarów lądolód, który minimalnie mógł utrudnić prowadzenie prac budowlanych. Teorii o pochodzeniu piramid jest sporo, a wśród nich nie mogło zabraknąć także tych zawierających pomoc szanownych obywateli Atlantydy oraz innych sił kosmicznych. Entuzjaści szybko doszukali się większej ilości gór o stożkowatym kształcie bośniacka Dolina Piramid, w skład której wchodzi Piramida Słońca, Księżyca, Smoka, Miłości i kilka innych mniej znanych pagórków.

Cały szkopuł jednak w tym, że na dzień dzisiejszy wspomniane piramidy są jedynie mile widzianym stanem docelowym. Obecnie przypominają one bardzo zadbaną i równo usypaną kupę ziemi wymieszaną ze szczyptą  krzewów i doprawioną do smaku kilkoma studentami archeologii. Najbardziej egzotycznym akcentem w mieście jest myjnia samochodowa Faraon i pobliska restauracja Camel, która pasuje do klimatu bośniackiej mieściny jak wojownik Masajów do imprezy w remizie. Marketingowa machina ruszyła i nawet nie myśli zwracać uwagi na głos rozsądku, bo miejscowi na straganach sprzedają pamiątki z Atlantydy, starożytne monety z e-bay oraz całą masę figurek przedstawiających piramidy we wszelkich możliwych kształtach i rozmiarach. Co bardziej pomysłowi badacze stwierdzili, że największa z piramid emituje w przestrzeń słup energii, który na ulotkach wygląda mniej więcej jak start wahadłowca Columbia.

Nasz zdrowy rozsądek podejrzliwie patrzył się na całe to piramidowe szaleństwo, dlatego postanowiliśmy wspiąć się na największy z pagórków. Przy wejściu znajdowało się małe stanowisko wykopaliskowe, gdzie grupka młodych ludzi poważnie wbijała szpadle w ziemię, tak aby wszyscy potencjalni turyści mogli podziwiać ich pracę. Kilka kroków dalej natknęliśmy się na babcię odzianą w mieszankę prawdopodobnie wszystkich ludowych strojów świata, która na swoim małym straganie sprzedawała miody na każdą dolegliwość, począwszy od reumatyzmu, przez alergię, zaburzeń potencji i na dendrofilii kończąc. Troszkę przez przypadek wdaliśmy się z nią w akademicką dyskusję na temat archeologii północnej części Półwyspu Bałkańskiego, wykorzystując w niej ciekawą mieszaninę wszystkich dostępnych nam słowiańskich języków oraz kursu podstaw migowego dla turystów. Babcia wytłumaczyła nam, że najciekawsze wykopaliska w postaci bandy studentów już minęliśmy, a na szczycie nie ma nic oprócz nawiedzonego przewodnika z plikiem drogich biletów wstępu oraz kilku naprawdę ładnych krzaków. Podziękowaliśmy jej za dobrą radę i raz jeszcze spojrzeliśmy na górę, aby upewnić się, że nie przegapimy gigantycznego promienia energii wysyłanego w kosmos i udaliśmy się na objazd tej ciekawej miejscowości.

Teoria o bośniackich piramidach zbudowanych przez prehistoryczną cywilizację w czasie zlodowacenia ma kilka niedociągnięć. Drobnym problemem jest też to, że odnalezione w pobliżu siedliska ludzi faktycznie podchodzą sprzed naszej ery, ale liczą sobie najdalej kilka tysięcy lat. Póki co nie dość, że brakuje sensownej teorii o pochodzeniu piramid, to jeszcze nie ma żadnych dowodów na ich istnienie gdzieś pod zwałami sędziwej gleby. Stożkowaty kształt gór robi pewne wrażenie, ale z drugiej strony podczas naszej drogi do domu jeszcze kilkukrotnie napotkaliśmy pagórki o podobnych kształtach, także z niecierpliwością oczekujemy na pierwsze odkrycia piramid pod Kielcami. Z drugiej strony niemożliwe historie są najciekawsze, także gorąco kibicuję bośniackim szpadlom, aby w końcu natknęły się na grobowce faraonów. Logika jednak podpowiada, że jeśli po kilku latach szukania piramidy wciąż jej nie odkopano, to niebawem nad restaurację Camel mogą nadejść ciemne chmury zwątpienia.

Bośniacka Piramida Księżyca, która póki co uparła się wyglądać jak stożkowaty pagórek.

Visoko, a gdzieś na drugim planie - piramida.

Bośniacki artysta nie gustuje w półśrodkach i z jego wizji piramidy emanuje płomień kosmicznej energii.

W tym tonie utrzymane są wszystkie informacje o potencjalnych artefaktach.

Dzielne studenciaki walczą z glebą bielicową w poszukiwaniu piramidy.

Kolejna wizja artystyczna piramidy. Na straganie można było kupić także talizmany z każdej strony świata i sporo pamiątek po Atlantach.

To prawdopodobnie Piramida Smoka, Piramida Miłości lub zwykły pagórek.

Piramida Słońca w tle, a na pierwszym planie mój ulubiony bałkański pojazd.

Któraś z piramid. Choć w sumie nie jestem pewien, bo równie dobrze to zdjęcie mogło zostać zrobione gdzieś na Węgrzech.

A na deser link do bośniackich piramid z Google Maps.  

środa, 16 października 2013

Białoruś

Zazwyczaj dłużej zastanawiam się nad wyborem jogurtu w sklepie niż nad tym, czy gotów jestem pojechać w ciemno w miejsce, w którym jeszcze nie postawiłem żadnej z kończyn. Tym razem wspiąłem się jednak na K2 głupoty, bo wysłałem mój paszport do Terespola zupełnie nieznanemu człowiekowi, aby zdobył dla naszej grupy darmowe wizy. Transakcja co prawda obarczona pewnym ryzykiem, ale ostatecznie gra była warta kandelabru, a jakiś cudem Provident - póki co - nie upomina się o spłatę kredytu hipotecznego. Domyślnie celem naszej podróży miał być niejaki Men's Fest, czyli koncert białoruskiej muzyki w Brześciu, który zresztą okazał się naprawdę niezły.

Po dotarciu do Terespola spotkaliśmy się z naszym człowiekiem od zadań specjalnych i resztą wesołej kompanii. Chwilę później załadowaliśmy się do prawdziwego Deloriana, czyli przygranicznego pociągu i wehikułu czasu w jednym, który na wyposażeniu posiadał firanki i piecyk do palenia drewnem. Mocno wyróżnialiśmy się z tłumu, bo nikt z nas nie przewoził kompletu opon albo podręcznego kontenera z proszkiem do prania. Cierpliwie czekaliśmy na naszą kolej podczas kontroli celnej, po której nasze paszporty ozdobiła pieczątka z kolejnego kraju. Przodownik wycieczki poznał nas ze swoim znajomym, który stał się naszym przewodnikiem i szoferem w jednym.

Wszystkie przewodniki o Białorusi jednym głosem wymieniają okoliczną twierdzę jako najważniejszą atrakcję tego miasta. Jednogłośnie została wybrana pierwszym punktem na trasie naszej wycieczki, tym bardziej, że nasze romskie dusze zwabił darmowy wstęp. Co zaś tyczy się samej twierdzy, to jest ona poświęcona bohaterskim sowieckim soldatom, którzy polegli w jej obronie podczas II Wojny Światowej. Rosyjska logika odcisnęła piętno na wyglądzie dzisiejszego Brześcia, bo swego czasu poważni generałowie stwierdzili, że twierdza w Brześciu jest im ze wszech miar niezbędna. W związku z tym beztrosko postanowili... przenieść kilka kilometrów dalej miasto o tysiącletniej tradycji i wyburzyć jego historyczne centrum. Obecnie głównym punktem twierdzy są dwa pomniki ku czci bratniej Armii Czerwonej. Pierwszym jest twarz radzieckiego żołnierza, która wielkością przypomina nieco Lublin, a drugi z nich stanowi arcydzieło radzieckiego spawalnictwa, czyli słup blachy wysoki od ziemi aż do nieba i szumnie nazywany "mieczem". Trochę o jego wielkości mówi to, że widać go świetnie z pobliskiego Terespola, a prawdopodobnie także z kilku sąsiednich galaktyk.

Sam Brześć, jak i cała Białoruś, jest niespotykanie czystym miastem. Niestety, powodu wspomnianych poczynań rosyjskiej generalicji nie znajdziecie w nim zbyt wielu zabytków, a większość budynków stanowią bloki różnego rodzaju i maści. Jest coś dziwnego w planie przestrzennym tego miasta, bo wszystkie budowle są pokaźnych rozmiarów, a na dodatek położone dość daleko od siebie. Nowe rondo w Brześciu jest prawdopodobnie większe od mojej rodzimej wioski, choć natężenie ruchu w oby tych miejscach momentami bywa podobne. Całość tworzy wrażenie surowego i pustego miasta, a obraz ten dopełniają ulice nazywane na cześć najważniejszych towarzyszy spod znaku gwiazdy czerwonej. Odrobinę niezamierzonego uśmiechu wywołują milicjanci, którzy noszą na głowach coś, co przypomina efekt burzliwego romansu między gigantycznym naleśnikiem a sondą kosmiczną Sputnik.

Nasz przewodnik wyjaśnił nam odrobinę zawiłości białoruskiej gospodarki. Byłem młody i głupi, kiedy żartowalem sobie z kursu forinta węgierskiego, bo na Białorusi niebawem pojawi się banknot opiewający na pół miliona rubli. Choć denominacja była już przeprowadzana kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat, to nie przyniosła stałych rezultatów, a obecnie nominały mniejsze niż 50 rubli nie występują w przyrodzie, bo warte są mniej, niż powietrze w portfelu. Większość cen na Białorusi jest znacznie wyższa niż w Polsce, podczas kiedy miesięczne zarobki np. nauczyciela na etacie wynoszą ok. 220-250 dolarów. Kto tylko może pracuje, dorabia lub przynajmniej robi zakupy w Polsce, a potem przywozi je na Białoruś.

Największą atrakcją Białorusi są bez cienia wątpliwości jej mieszkańcy. Tak gościnnych i uczynnych ludzi nie spotyka się nawet w bajkach Disneya, a co dopiero na terenie dawnego ZSRR. Rezerwowanie noclegu mija się absolutnie z celem, bo jednego tylko wieczora dostaliśmy kilka ofert. No dobra, może troszkę pomogło nam to że, że 3/4 naszej grupy stanowiły młode kobiety, ale dla mnie i tak było to miłe zaskoczenie. Kilkukrotnie zdarzyło nam się, że ktoś woził nas po mieście, pokazywał co ciekawsze miejsca i kategorycznie odmawiał jakiejkolwiek zapłaty. Nad ranem trafiliśmy na domówkę do przemiłej pary Białorusinów, gdzie przy akompaniamencie mocniejszych alkoholi i wschodniego jedzenia, rozmawialiśmy do rana we wszystkich językach świata.

Białoruś to magia. Nie pozostaje więc mi powiedzieć nic innego, jak tylko:

Жыве Беларусь! 

Delorian, czyli pociąg z firankami i piecykiem.

Dworzec kolejowy. W Brześciu wita nas radośnie sierp i młot.

Brama do twierdzy. Na drugim planie tzw. "miecz", czyli kawał niesamowicie wysokiej blachy.

Pomnik żołnierza o dość zafrasowanej minie.

Brześć z lotu ptaka, a przynajmniej z dachu jednego z największych bloków w mieście.
Wnętrze cerkwi położonej na terenie twierdzy.



piątek, 4 października 2013

Kosowo

Wycieczka po Bałkanach nie byłby kompletna gdybyśmy pominęli beniaminka wśród państw Europy, czyli Republikę Kosowa. Co prawda większość gości z zagranicy odwiedza to miejsce w ramach misji pokojowych, ale bardzo nas to nie zraziło. W zasadzie obiekcje miał jedynie właściciel samochodu, ponieważ jego ubezpieczenie nie obowiązywało na obszarze Kosowa, ale po kilku zerknięciach do szklanki z rakiją dał się przekonać do tego pomysłu. Koniec końców dojechaliśmy do kosowskiej granicy o najbardziej malowniczej porze na zwiedzanie tego kraju, czyli późna nocą. Problem z OC rozwiązał się niejako sam, bo zmuszeni zostaliśmy do wykupienia obowiązkowej albańskiej polisy, która opiewała na sumę 30 euro w zamian 7 dni ubezpieczonego rozbijania się po tutejszych drogach. Dopełniliśmy formalności, a w naszych paszportach pojawiła się upragniona kosowska pieczątka. 

Nie wzywam imienia europejskiego pieniądza nadaremno, ponieważ jest on ... oficjalną walutą Kosowa. Następnego dnia przy posiłku próbowałem wyciągnąć nieco informacji na ten temat od znajomej kosowskiej Albanki. Odpowiedziała mi, że po ogłoszeniu niepodległości Kosowo chciało być bardziej europejskie, więc beztrosko wybrali Euro na swoją walutę. A, no jak tak, to wszystko jasne. To perfekcyjnie logiczne wytłumaczenie jakoś nie od razu do mnie przemówiło, ale kolejne próby drążenia tematu raczej też nie przybliżyły mnie do bardziej satysfakcjonujących odpowiedzi. 

Po wjeździe na teren kraju przez moment popadliśmy w lekką konsternację, bo wszystkim drogom uroku dodają postawione przy nich znaki drogowe dla czołgów i innych pojazdów opancerzonych. Ze spokojem grabarza jechaliśmy dalej do stolicy kraju, a naszych neuronów z błogiego marazmu nie wytrąciły nawet sporadyczne marsze milczenia Paniki. Jadąc tutaj wiedzieliśmy o Kosowie niewiele, a i tak posiadane informacje nie układały nam się w żaden spójny obraz, tak więc nasze wyobrażenia przedstawiały się równie chaotycznie, co szkice Jacka Gmocha po markowych psychotropach. No bo jak może wyglądać kraj, którego walutą jest Euro, ma całkiem niezłe drogi, kilkanaście lat temu byś świadkiem czystek etnicznych, połowę kraju kontrolują Serbowie, zamieszkany jest przez Albańczyków, jednocześnie swego czasu był najbardziej rozwiniętą częścią Serbii, a w dodatku cierpi na chroniczny brak dostaw wody między 23 a 6 rano? Ciężko to sobie wyobrazić.

Odpowiedź na to pytanie stanowczo kłóci się ze zdrowym rozsądkiem, a wrecz wymierza mu solidnego sierpowego. Otóż sama Prisztina wygląda zadziwiająco... normalnie. Trochę jak nasze Katowice, choć znacznie bezpieczniej w nocy. Wszędzie pełno bloków, biurowców, budek z kebabem, a całość okraszona jest nawet nowym, okazałym kościołem. Co więcej, turyści wcale nie opuścili tego miejsca przed ostatnim zlodowaceniem, a hostele prezentują ten sam, paneuropejski studencki standard. Główna aleja miasta pustoszeje co prawda zaraz po północy, chociaż w samym mieście dużo jest modnych i drogich lokali. Ciekawie za to rozwiązano kwestie nazewnictwa ulic, bo noszą one imiona słynnych albańskich wojowników o wolność i niepodległość, takich jak Bill Clinton czy George Bush. Kosowo jest zresztą chyba jedynym miejscem, gdzie młodzi mówiąc o Amerykanach bez złośliwości używa się określenia "wybawcy". Co prawda, to samo  młode pokolenie chce wyjazdu wojsk KFORu, aby dokończyć proces wypędzania Serbów z reszty kraju. Warto dodać, że reszty kraju zamieszkanej w większości przez Serbów, bo granice tego państwa powstały bardziej na zasadzie buńczucznej deklaracji, niż trzeźwego spojrzenia na sytuację. 

Nasz pobyt w Kosowie był niestety krótki, lecz wyjeżdżając z niego postanowiliśmy odwiedzić jeszcze prawosławny monastyr w mieście Peja W mieście tym produkowane jest zresztą chyba najlepsze piwo na całych Bałkanach, od którego zresztą ksywę ściągnął Rysiek Andrzejewski. Prawosławie w dość oczywisty sposób kojarzy się Albańczykom z Serbami, także nasz cel podróży przypominał z zewnątrz bardziej bazę Guantanamo, niż atrakcję turystyczną. Nieśmiało poinformowałem strażników o naszym zamiarze zwiedzania, a oni kategorycznie zażądali od nas paszportów, po czym zniknęli w swojej budce. Trwało to na tyle długo, że zdążyłem już wybrać sobie nowe albańskie imię i usilnie próbowałem się przekonać, że los bezdomnego imigranta w Kosowie bez dokumentów musi mieć jakieś plusy. Kiedy strażnik wrócił, nie miał wcale w rękach naszych dokumentów, a jedynie kawałek plastiku, który okazał się być turystyczną przepustką wojsk KFORu. Był to dla mnie odpowiednik mniej więcej olimpijskiego złotego medalu w turystyce lub Bursztynowej Komnaty, więc błyskawicznie go zawłaszczyłem i dumnie nosiłem na piersi przez cały czas zwiedzania.


Znaki drogowe w Kosowie. Za cholerę nie wiem co dokładnie oznaczają, ale prezentują się nieźle.

Nocne życie Prisztiny jest raczej skromne.
Albański bohater. Moje chińskie maleństwo nie jest specjalistą w zakresie robienia nocnych zdjęć.

Grand Hotel, ścisłe centrum Prisztiny. Bardzo wymowne.

Cud bałkańskiej motoryzacji, czyli ciągnik składający się z silnika, kół i porzuconego fotela.
Wnętrze wspomnianego monastyru.
Przepustka turystyczna KFOR.
Symbol Prisztiny. Nieźle prezentuje się tylko z daleka.